„Ostatni wiking”, taki tytuł, że nawet opisu nie chciało mi się przeczytać, na szczęście Monika chciała iść. Okazało się, że to zajebista, super czarna komedia po bandzie o traumach, samotnych wilkach i innych Beatlesach i o tym jak znajdujesz oparcie w zaskakujących osobach i jakz bandą lepiej, niż samotnie.
Obśmiałam się jak norka, zrobił mi bardzo dobrze.
Jest już na VOD, ale czasem jeszcze grają w kinie i ja polecam do kina, jako zbiorowy rechot.
„This Ain’t California” meets „Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham” & „Boyhood”
12 lat, młody skejt filmuje swoich kumpli i siebie. Mieszkają w upadającym, amerykańskim. miasteczku. Łączy ich deska, dorastają, oglądamy ich z bliska, są otwarci, poranieni, ciągną za sobą swoje traumy.
Terkot kółek, dobra muzyka, blanciki, piwko, rozmowy o wszystkim.
Run, Bennie, run. Bennie ma 9 lat, traumatyczne dzieciństwo i napady wściekłości. Tuła się pomiędzy rodzinami zastępczymi, a domami dziecka. Czasem rekreacyjnie wpadnie do szpitala psychiatrycznego, bo może leki na schizofrenię pomogą na jej wściekłość. Bennie często biegnie, ucieka, albo biegnie za czymś, wrzeszczy, bardzo dużo wrzeszczy, ile siły w małych płuckach, bluzga dużo, rzuca się z pięściami, kopie, używa twardych przedmiotów bo ma za słabe rączki, żeby przypierdolić wystarczająco.
Bennie kocha mamę. Mama czasem wpadnie drobiąc obcasikami z torebusią w rączce, wyzna córce swą bezbrzeżną miłość, albo jej coś obieca. Potem Bennie czeka, a potem znowu wrzeszczy, albo ucieka.
Bennie jak mały szczeniak szuka ciepła, ale potwornie boi się zranienia, zdrady, odepchnięcia, więc łatwo z Bennią nie jest.
Bennie często występuje na różowym tle, w końcu to dziewczynka, a dziewczynki są słodkie jak róż.
Wstrząsający film o samotności, odrzuceniu, traumach dziecięcych, głodzie miłości, a wreszcie o kulejącym systemie, któremu trudno jest uratować Bennie przed samozagładą.