MACDO do połowy jest jak Sierra Nevada, czyli rodzina siada do stołu, a konfliktów jest zdecydowanie więcej niż potraw. Druga część jest już jakimś trudną do określenia osobistą wojenką. Wszystko razem to home video. Niepokojący, zaskakujący, niewygodny. Bardzo ciekawe doświadczenie
Antonio mieszka w Madrycie, ale na Wielki Tydzień przyjeżdża do rodzinnej miejscowości -andaluzyjskiej dziury pośrodku niczego. Bieda, bezrobocie, w domu rodzina jak odbezpieczony granat. Brat cierpi na chroniczny ból, więc faszeruje się przeciwbólowymi. Do tego jointy i koks, bo coś w tej beznadziei robić trzeba. Niby rodzice go kochają, ale jakoś tak boleśnie, on się szarpie jak lis w potrzasku. Wszyscy w jakiejś pułapce niespełnienia.
Rodzeństwo gra faktyczne rodzeństwo. Występujący noszą w filmie swoje imiona. Siedzimy w samym środku wszystkiego, bardzo blisko, intensywnie, naturalistycznie. Wszystko ciasne, upchane, umęczone, prawdziwe i przeraźliwie smutne.
Lato na wsi w Kraju Basków. Małe dziecko i duża, intensywna rodzina z milionem swoich zależności i konfliktów. Ciotka ma ule i wie, że jest 20 000 gatunków pszczół i dają radę ze sobą koegzystować, czego nie da się powiedzieć o ludziach. Dziecko stoi gdzieś pomiędzy imieniem Aitor, a Lucia. Mama bardzo kocha, ale ma troje dzieci i własne rozterki artystyczne, tata myśli, że na za dużo dzieciom pozwalają, babcia się modli i obwinia córkę.
Subtelny, piękny i poruszający. W ujmujący sposób pokazuje jak niektóre dzieci naturalnie radzą sobie z zagadnieniem kolegi, który ma cipkę, a jak niektórym dorosłym trudno zaakceptować taki stan rzeczy.
W ostatnich latach kino arthousowe oddaje głos dzieciom, albo korzysta z dzieci do opowiadania historii. Bardzo to wdzięczny zabieg, a tym filmie rewelacyjna mała aktorka Sofía Otero, Srebrny Niedźwiedź na Berlinale w ubiegłym roku.