15 latki mieszkają we wschodnim Londynie, trochę rapują, trochę tańczą. Są tyglem etnicznym, pojawia się nawet Polka i Cyganie wysłani do Auschwitz. Są młode, dojrzewają, tworzą swoje damskie mini gangi, mają różne marzenia, są urocze. Rocks ma tylko niestabilną emocjonalnie matkę i małego brata. Pewnego dnia matka znika, a Rocks walczy oto by z bratem nie rozdzieliła ich opieka społeczna.
Uroczy, z miłym flow, dupy nie urywa.
Z miłych zachowań filmowych to pod nazwiskiem scenarzystki są podziękowania dla obsady i młodych londyńczyków, którzy współtworzyli ten film.
Przez 35 lat łopatologiczną propagandą i nieludzką brutalnością prowadzono w Chinach politykę jednego dziecka. Wg wysoko postawionej towarzyszki „udało” im się „zapobiec” prawie 400 milionom narodzin. Porzucane dzieci (czyli prawie nienarodzone), aborcje w 8 lub 9 miesiącu, sterylizacje, to tylko niektóre z metod stosowanych dla osiągnięcia celu. Jeśli to nie jest holocaust dzieci to nie wiem co nim jest.
Poznajemy staruszkę, która dokonywała aborcji i sterylizacji w tamtym okresie, teraz leczy bezpłodność, żeby odrobić zbrodnie popełnione. "Rzucisz za siebie, znajdziesz przed sobą"
Rzeź odbywała się przy współpracy społeczeństwa, ktoś donosił na ciężarne kobiety, ktoś dokonywał aborcji i sterylizacji, ktoś porzucał dzieci w koszyczkach na bazarze, albo przy drodze, ktoś patrzył jak dzieci umierają. Śmierć dziecka stała się codziennością. Jak to musiało wpłynąć na mentalność pokoleń?
Przez cały czas prowadzenia tej polityki odbywała się sprzedaż sierot za granicę, ustalenie biologicznych rodziców jest praktycznie niemożliwe, sieroty były porzucane jak niechciane szczeniaki. Powstał portal na którym można za pomocą wprowadzania wyników badań DNA poszukać swoich dzieci, rodziców. Amerykańskie dzieci o chińskim pochodzeniu nie są raczej tymi poszukiwaniami zainteresowane.
Oczywiście nikt za ten proceder nie poniósł żadnej kary.
Wstrząsające.
Tytuł oryginalny: One Child Nation Reżyseria: Nanfu Wang, Jialing Zhang