Soraya jest Afganką urodzoną w Iranie. Ma kilka lat kiedy jej mama zostawia ją i wyjeżdża do Austrii. Poznajemy Sorayę jak ma 17 lat, ma męża i próbuje przedostać się do Europy. Każda próba przekroczenia granicy to „gra”, najpierw do Turcji, potem do Grecji. Jedna za drugą nieudana, jedna za drugą cofa ją do punktu wyjścia. Wraca po nich do swojego, tymczasowego życia, męża. Marzy o mamie, sprząta mieszkania, stara się przetrwać w małżeństwie. Jest bardzo samotna, bliską relację ma z wujkiem Mehrdadem i sztuką. Rysuje i tworzy figurki z masy papierowej z opakowań po jajkach. Filmuje swoje życie, męża, pracę, sztukę, samotność, tęsknotę za mamą i kolejne próby ucieczki. W „Lisie” jest współreżyserką i autorką zdjęć.
Mocny film o odważnej, mądrej, zdolnej i pięknej dziewczynie. Koniecznie
Poemat o uchodźstwie. Lesotho to jedyne miejsce, które Lemo może nazwać domem, ale celem jego matki jest uratowanie dzieci i zapewnienie im lepszego życia. I ona, szorując podłogi budynków wzniesionych przez kolonialistów, zbiera te pieniądze, otwiera dzieciom te ścieżki. I one idą w świat, ale gdziekolwiek by nie doszły, dom został w Lesotho.
„Zawieszony między światami ani zakorzeniony, ani wolny, ani całkiem tu, ani całkiem tam.”
To początek najlepszego filmu jaki widziałam w ubiegłym roku, ex aequo z „Nie obiecujcie sobie wiele po końcu świata” - z czego wniosek, że lubię filmy o upadku :) Wszystko jest w tym filmie czego potrzebuję, film karmiący do syta.
The place of business to kuchnia w dużej, nowojorskiej restauracji. W tej kuchni tłum kucharzy i wieża Babel, w przewadze Latynosi. Amok kuchenny, choreografia zapewniania pełnej satysfakcji klientom i nabijania kabzy właścicielowi. Właściciel ludzki pan, czasem się przejdzie, zażartuje, obieca pomoc w załatwieniu papierów, ale spróbuj naruszyć jego świat, zatamować strumień przychodu.
W tym szaleńczym tańcu kuchennym jest wszystko, jest żart na przetrwanie, rozpacz, agresja, walka o miejsce na blacie i kolejność zamówień, a na przerwie na papierosa są marzenia. O czym marzy Latynos, który zostawił swój piękny kraj, żeby palić wysępionego szluga przy śmietniku, ściśnięty murami wąskich uliczek wielkiego miasta. Czy to jest szczyt jego marzeń? Napewno? Dlaczego białe kobiety są lepsze od Latynosek? Bo nie są zrobione z odpadów?
Ta kuchnia, to miniatura świata obecnego kapitalistycznego. „Jeden świat z milionami barier. Jeden świat podzielony”, że zacytuję klasyka. Ludzie uciekający z najczęściej pięknych miejsc, żeby ratować się od biedy lub niebezpieczeństwa, lądują w tym cholernym pierwszym świecie, który ich trochę przyjmuje, ale na ogół zrzuca jak najniżej w drabince i zapierdalają na chwałę i pożytek czyjegoś portfela, wciąż mając pod powiekami tą piękna plażę z czarnym piaskiem.
„La Cocina” jest prawdziwa z idealnie wkomponowanym teatralnym zacięciem i pięknym obrazkiem. Z „The Square” wygrywa o sto długości :), ale też ja nie jestem fanką tego drugiego.
Ten film ma też dla mnie bardzo osobisty aspekt. Już piąty rok moim partnerem jest El Chef, który porzucił piękną Wenezuelę dla Hiszpanii, znam z pierwszej ręki tą tęsknotę za rajem utraconym i serwowanie wykwintnych dań.
Elena wygrała wizę do Stanów i jedzie tam w poszukiwaniu nowej przyszłości ze swoim narzeczonym Diego. Ona jest tancerką tańca współczesnego, z Barcelony, on jest urbanistą, z Wenezueli.
Długi lot, docierają na lotnisko, sprawdzanie dokumentów ma być czystą formalnością, ale nie jest. Zostają zasypani osobistymi i wyprowadzającymi z równowagi pytaniami. Dla Eleny wyprawa do Stanów to próba zbudowania życia w nowym miejscu, dla Diego to ucieczka z Wenezueli, w której nie da się żyć. Niekończące się pytania wwiercają się w najbardziej bolesne elementy ich układanki.
Bardzo ciekawy film, świetnie zrobiony, trzyma w napięciu i emocjonalnym drżeniu. A temat o tym świecie podzielonym boleśnie.
Ma 29 lat, 4 dzieci, mieszkała w Gwatemali, musiała wyjść za mąż, bo taka jest kolej rzeczy, musiała uprawiać seks z mężczyzną, bo taka jest kolej rzeczy, musiała klepać biedę, bo taka jest Ameryka Łacińska. W końcu wzięła dzieci, dwa plecaczki, kołdrę i udała się w podróż do USA. Przed nią ponad 4000 kilometrów.
Tysiące ludzi idzie pokonuje tą sama drogę, szczególnie dla kobiet jest ona niebezpieczna, więc starają się trzymać w kupie. Nie mają pieniędzy, więc żebrzą po drodze, czasem idą, czasem bierze je na pakę kierowca Tira. Część drogi trzeba pokonać, albo idąc przez pustynie, gdzie można umrzeć z pragnienia, albo pociągiem Bestią, gdzie można umrzeć spadając z pędzącego pociągu. Na kobiety czyhają dodatkowe niebezpieczeństwa, czyli mogą być zgwałcone, więc czasem po prostu zrobić to czego oczekuje mężczyzna, to przynajmniej będzie mniej bolało.
Ta historia jest okropna, ale jest w niej coś pięknego. Determinacja samotnej matki, wsparcie jakie dają sobie kobiety, momenty słońca i nadziei. Bezwzględny patriarchat i przemoc przeciwstawione pomalutku rodzącej się szansie na lepsze. Przynajmniej na chwilę, przynajmniej gdzieś.
Monterrey, slumsy, młodociane gangi, jeden z nich tańczy cumbię. Terco - uparty, tak nazywa się ich gang, nie chodzą z pistoletami, tańczą, bawią się, mają bardzo wyszukane fryzury i stroje. Dla otoczenia są bezużytecznymi pajacami. Dla nich ta jedność i muzyka to jedyne okno poza świat nędzy i przemocy i sposób na przetrwanie. Rzeczywistość jest bezwględna, zarówno ta na zewnątrz, jak i w rodzinie. Wszyscy walczą o przetrwanie. Ulises jest szefem Los Tercos, trzyma dzieciaki z daleka od heroiny, a siebie od prawdziwej gangsterki, dba o ich styl. Ma nieruchomą twarz, nieskazitelny styl, przemyślaną fryzurę, jest mistrzem cumbii. W jego domu nie ma podłogi, ani drzwi, ale jego ubrania leżą złożone w idealną kupkę. W pewnym. momencie wdaje się w konflikt z gangsterami wyposażonymi w karabiny i musi uciekać. Z Monterrey ucieka się tylko do Stanów, a jak nie mówi się po angielsku, to jest się zdanym raczej na niełaskę otoczenia.
To jest klasyczna historia o próbie przetrwania w slumsach, ale jest to też musical, cumbia to wszystko, miłość, religia, nadzieja.
Bardzo poetycki, w dobrym tego słowa znaczeniu, film. Wycieczka w kolejną taneczną kulturę. Ogląda się z przyjemnością, pomimo, że takich historii już sporo było. Grają naturszczycy, tło zdarzeń, zarówno meksykańskie jak i amerykańskie jest prawdziwe. W zasadzie ogląda się jak dokument.
Milwaukee, Vic jest drugim pokoleniem rosyjskich emigrantów, ma prace i trzyma się jej kurczowo. Jest kierowcą busa przewożącego pasażerów specjalnej troski. Wózki inwalidzkie, upośledzenia różnego typu. Niestety Vic nie jest człowiekiem, który może po prostu wstać rano i pójść do pracy. Przed pracą musi obudzić dziadka z lekką demencją, raczej nie może spuszczać go z oka bo dziadek szczególnie lubi przyrządzać kurczaka. Po drodze spotyka różnych ludzi, którzy potrzebują jego wsparcia. Więc pędzi, bez przerwy próbując wywiązać się ze wszystkich swoich zobowiązań. Wydaje się to być układanką niemożliwą do pogodzenia. Pędzimy z Viciem przez warsztaty dla niepełnosprawnych i konkurs talentów, pogrzeb starej Rosjanki na który trzeba podwieźć całą gromadę rosyjskich ciotek, matkę, rozgoryczoną pianistkę, która wszystko robiła dla swoich dzieci, protesty uliczne. Film o tym jak bardzo rzeczywistość spętuje ci nogi, ale też o tym jak te pęta są twoim krwioobiegiem. Film jest komedią, dramatem, nostalgią. Doskonale obsadzony naturszczykami, prawdziwy, dynamiczny do zmęczenia. To najlepszy film jaki widziałam do tej pory na AFF.
Tytuł oryginalny: Give Me Liberty Reżyseria: Kirill Mikhanovsky USA 2019 język angielski, rosyjski Obejrzane: American Film Festival 2019
Ulica Złota, kamienica stykająca się z ocałałym fragmentem muru getta. Turyści przychodzą popatrzeć. Krzysiek jest wnukiem przedwojennej właścicielki, późno dowiedział się, że jest Żydem, kamienice odzyskał w ramach reprywatyzacji i stara się tam stworzyć dobry dom dla przeróżnych ludzi. Dusi go Polska. lato spędza na Bornholmie pracując na obozach rowerowych dla dzieci. W zasadzie wciąż jedną nogą jest gdzie indziej. Nie znosi rozlewającej się po kraju brunatczyzny. Na lodówce ma moje ulubione demonstracyjne hasło: „Narodowcy, szmalcownicy, wypierdalać ze stolicy”. Jego żona odnajduje się w tym kraju, tu jest jej miejsce, milongi, obowiązki. Nie rozumie jego kierunku „stąd trzeba uciec”, spadają na nią obowiązki kamienicznika. Jakaś ta Warszawa w tym filmie jest piękna i wstrętna zarazem, dokładnie taka jak ja ją widzę. Rozgoryczenie Krzyśka, wściekłość i smutek są mi bliskie, nie jest mi bliskie jego poddanie się i chęć ucieczki. Nie do końca uważam, że to jest ich miejsce, bo jest ono tak samo moje, ale prawdą jest, że oddychanie w takim mikroklimacie zatęchłej ksenofobii i małości jest czymś niezdrowym i niesprzyjającym rozwojowi w jakimkolwiek kierunku. Nie wiem czy warto. Ten film się ogląda :)
Tytuł oryginalny: Złota Reżyseria: Tomasz Knittel Polska 2019 Język polski, rosyjski, angielski