Małżeństwo z długim, skomplikowanym stażem. Starzy i schorowani. Piękne wypchane przedmiotami mieszkanie. Rutyna, piękna i ta niezbyt ładna. Ciężkie choroby. Jak je udźwignąć? Kogo poświęcić? Jak godnie umrzeć, albo dożyć tzw kresu. Piękni, zagubieni, zżyci ze swoim życiem, które uciekło w oka mgnieniu, a oni by jeszcze tyle chcieli.
Bardzo zgrabne, poruszające, interesujące, inne niż Miłość Haenekego, ale porównianie jest oczywiście uzasadnione.
Pierwsza miłość, lata 80te, wakacje, jeden chłopiec nieśmiało rozgląda się po świecie, drugi jest pięknym pewnym siebie uwodzicielem. Miłość, pożądanie, dorastanie. W tle lata osiemdziesiąte, czyli wszystko zabawnie paskudne, ubrania, muzyka, taniec. Film z nurtu Ozon lekki, ale nie kompletnie pozbawiony mroku. Wzrusza lekkością przeplatającą się z rozpaczą zdrady, odrzucenia, końca rzeczy.
Młody fotograf, homoseksualista, dostaję śmiertelną diagnozę i postanawia spędzisz czas, który mu pozostał tak jak chce. Wbrew pozorom nie spędza go na kontaktach z bliskimi, tylko robiąc to co lubi, we własnym towarzystwie. Przypadkowo poznane osoby zostawiają w jego ostatnim czasie ślad.
W potwornie ponurym domostwie mieszka mistrz gry na wioli da gamba i jego dwie córki. Matka nie żyje, jej śmierć wisi nad tą rodziną. Jest tam czarno i ponuro, w pewnym momencie zawita tam młody mężczyzna i będzie tylko gorzej. Niesamowicie ponury obraz.
Para emerytowanych muzyków, z tych co trzymają się za ręce i mają poczucie humoru. Ona ma zawał, on jej nie opuszcza. Oglądamy sytuację powoli, w ciszy, z dnia na dzień. W ciszy, miłości, samotności. Piękny, poruszający, duszny film.
Francuskie blokowiska jak z Nienawiści, do patrolu policyjnego dołącza oficer z prowincji i świeżym okiem przygląda się zastanym porządkom. A tam hardcore, przemoc, utrwalone konflikty, podziały między mieszkańcami, buzująca wściekłość, brak przyszłości, perspektywa gnicia w tym samym bajzlu. Koło nienawiści przetaczające się przez wszystkie grupy społeczne, wiekowe, zawodowe. Agresja, rozpacz, przebłyski dobrego życia, małe kawałeczki, z której nie da się ułożyć ścieżki. Gniew i rozpacz żarzą się, krok dzieli życie od eksplozji, zamieszek, rewolucji.
Film jest dynamiczny, buzujący, genialnie obsadzony, prawdziwy, cudownie narysowana rzeczywistość. Oczywiście, że czekałam, aż z okna bloku usłyszę Sound de la police :)
Courgette ma matkę alkoholiczkę i jego życie raczej nie jest wzorcowym życiem 8latka. Trafia do sierocińca, gdzie każde dziecko ma swoją niewesołą historię.
Niektórzy dorośli zalewają się łzami na tym filmie.
Bardzo piękne wizualnie, wzruszające, proste, mądre, nadaje się dla dzieci, nie ma tam nic czego wrażliwe dziecko nie mogłoby lub nie powinno zobaczyć.
Przyjaciele z dzieciństwa, rosną, idą w różne strony, jeden jest intelektualistą, drugi ciotą, trzeci wychowany z elitarnym domu, czwarty z liszajem i matką heroinistką. Jarają blanty, grają w kalambury, mają ze sobą bratersko organiczną relację. Niby wszystko jest dopowiedziane, ale niektóre rzeczy nie dają się dopowiedzieć, bo z jednej strony jest życie, z drugiej niewygodne pożądanie.
Potoczysta relacja z uroczego życia towarzyskiego, cudowne, dowcipne dialogi. Na jej tle rozgrywa się dramat z matką (wiadomo) i melodramat męsko męski (wiadomo również).
Prawdopodobnie mój ulubiony film Dolana, zgrabny, uroczy, potoczysty, romantyczny, nienarzucający się, poruszający. Taka impresja o tym jak to życie pobolewa, jak się wchodzi w dorosłość i na chuj.
Znacie zagadnienie twórca vs dzieło. Niestety "35 kieliszków rumu" wprowadzała reżyserka, niestety na dzień dobry ośmieszyła swojego człowieka, potem zlekceważyła publiczność mówiąc, że co prawda w planie jest q&a, ale ponieważ później ma master class to nie będzie tego q&a, a potem praktycznie ośmieszyła uprzejmą panią z publiczności, która grzecznie zwróciła uwagę, że nie każdy na mc będzie, po czym wygłosiła super długi, spojlerujący film wykład, który zakończyła pyszałkowatym "no, to teraz już nie potrzeba q&a.
Powiem tak: "no kurwa"
I teraz co? siadasz i oglądasz film otwierając przed nim serce swe i umysł?! Jeszcze kurwa czego!
Jakie to szczęście, że Glawoggera poznałam po obejrzeniu wszystkich jego filmów
To jest chyba ładna historia, trochę może za bardzo nadęta (ale mogę patrzeć przez pryzmat twórcy), sporo ładnych wątków: ciasna relacja ojciec córka, złamane serca, samotność. Pozostawił mnie niestety obojętną, ale na pewno nie był zły. Opis festiwalowy
Francuski breakdance + love story. Świetne sceny tańca, chyba takich jeszcze nie widziałam, piękni ludzie, świetne stylówki, prosto z kina popędziłam do Footlockera :)
Fabuła mizerna, jak to większość tanecznych filmów, boleśnie banalne dialogi, może się bronić jako film młodzieżowy, ale na pewno nie festiwalowy.
Francja, 2018
Tytuł oryginalny: Break It All Reżyseria: Marc Fouchard
Francuska rodzina, śliczny domek, basenik w ogrodzie, dziewczynka tańczy w balecie, czuły tata, wstrętna matka, uroczy wujaszek, który lubi łaskotać małe dziewczynki.
Film jest psychoterapią reżyserki, ma zabawno lekka formułę, która na początku mnie drażniła, ale na tyle porusza, że lekka formuła podbija potem bolesność. Reżyserka gra w nim samą siebie, co ma swoje wady i zalety. Jest się w tym filmie do czego przyczepić, jest pewna drewnianość i potknięcia, ale jest wstrząsający. Pokazuje wszystko z czym spotkać się może molestowane dziecko. I cudowna dziewczynka.