Tanger, sprzedawca wybielacza, plastikowe butelki, dźwięk nawoływania handlarza, od lat ten sam rytm miasta. Korporacje już tu są i zmieniają układ sił, ale on wciąż tu jest.Posłuchaj, a usłyszysz jego głos i dźwięk butelek z wybielaczem. Jeśli wsłuchasz się naprawdę uważnie, może zatrzymasz ten świat zanim zniknie.
17 minut o uważności, dźwięku, obrazie, rytmie miasta i zanikaniu.
To początek najlepszego filmu jaki widziałam w ubiegłym roku, ex aequo z „Nie obiecujcie sobie wiele po końcu świata” - z czego wniosek, że lubię filmy o upadku :) Wszystko jest w tym filmie czego potrzebuję, film karmiący do syta.
The place of business to kuchnia w dużej, nowojorskiej restauracji. W tej kuchni tłum kucharzy i wieża Babel, w przewadze Latynosi. Amok kuchenny, choreografia zapewniania pełnej satysfakcji klientom i nabijania kabzy właścicielowi. Właściciel ludzki pan, czasem się przejdzie, zażartuje, obieca pomoc w załatwieniu papierów, ale spróbuj naruszyć jego świat, zatamować strumień przychodu.
W tym szaleńczym tańcu kuchennym jest wszystko, jest żart na przetrwanie, rozpacz, agresja, walka o miejsce na blacie i kolejność zamówień, a na przerwie na papierosa są marzenia. O czym marzy Latynos, który zostawił swój piękny kraj, żeby palić wysępionego szluga przy śmietniku, ściśnięty murami wąskich uliczek wielkiego miasta. Czy to jest szczyt jego marzeń? Napewno? Dlaczego białe kobiety są lepsze od Latynosek? Bo nie są zrobione z odpadów?
Ta kuchnia, to miniatura świata obecnego kapitalistycznego. „Jeden świat z milionami barier. Jeden świat podzielony”, że zacytuję klasyka. Ludzie uciekający z najczęściej pięknych miejsc, żeby ratować się od biedy lub niebezpieczeństwa, lądują w tym cholernym pierwszym świecie, który ich trochę przyjmuje, ale na ogół zrzuca jak najniżej w drabince i zapierdalają na chwałę i pożytek czyjegoś portfela, wciąż mając pod powiekami tą piękna plażę z czarnym piaskiem.
„La Cocina” jest prawdziwa z idealnie wkomponowanym teatralnym zacięciem i pięknym obrazkiem. Z „The Square” wygrywa o sto długości :), ale też ja nie jestem fanką tego drugiego.
Ten film ma też dla mnie bardzo osobisty aspekt. Już piąty rok moim partnerem jest El Chef, który porzucił piękną Wenezuelę dla Hiszpanii, znam z pierwszej ręki tą tęsknotę za rajem utraconym i serwowanie wykwintnych dań.
Transylwania, piękno straszna prowincja, mieszkają tam Rumuni i Węgrzy, Cyganów już przepędzili. Miejscowa fabryka pieczywa zatrudnia pracowników ze Sri Lanki. I tutaj następuje eksplozja gościnności.
O nacjonalizmie, o kapitalizmie, o ksenofobii. Historie intymne też, o tym kto tam został i dlaczego, kto tam wrócił i dlaczego. Jeden mały chłopiec nagle przestaje mówić. Trochę oglądamy rzeczywistość, trochę bajkę o wrogiej prowincji i niedźwiedziach, które Unia chce policzyć, a mieszkańcy wystrzelać.
Poprzednie filmy tego reżysera: 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni, Za wzgórzami, Egzamin
Rodzina posiadaczy ziemskich vs rodzina mężczyzny, który przepracował u nich 30 lat. Senior rodu to klasyczny bogacz, ale jego syn i żona, to już nowe pokolenie, mięsa nie jedzą, nad ludźmi się pochylają, ale tylko do pewnego momentu. Co będzie kiedy umrze dziecko? Kiedy kończy się protekcjonalne współczucie posiadaczy i cierpliwość podwładnych.
Ładne, inteligentne, lewackie kino. Kapitalizm w pigułce.
„Piękno jest obietnicą szczęścia” pisze Stendhal, na to Serge kontynuuje myśl: „Czyli brzydota jest obietnicą śmierci”
Serge mieszka pod mostem, ma piękny widok na rzekę i dużo książek w swojej dziupli.
Ulica Hoxton, Londyn. W latach 50tych dzielnica zamieszkała przez imigrantów, raczej nędza z bidą. Lokalne, małe biznesy, wszyscy się znają. Ale apartamentowce rozrastają się jak pajęczynka moli i dociera do Hoxton powolutku pożerając teren, wdzierając się do środka modnymi knajpami i gigantem ubezpieczeniowym. Już nie okolica robotnicza, juz klasa średnia, aspiracyjna.
Ale nie tylko o żarłocznym kapitalizmie jest to film. Jest również o tym co robi z ludźmi strach o przetrwanie, poczucie bycia wypychanym poza nawias. Jak budzi się gniew, ksenofobia, rozpada poczucie wspólnoty.
I o przemijaniu jest, o tym jak życie sobie ucieka i które obrazki zostają w głowie nawet po kilkudziesięciu latach. Piękne, smutne.